Wieści z AustraliiRSS wpisów RSS komentarzy

Lądowanie na Marsie

Siedząc w samolocie, który podchodził do lądowania w Alice Aprings czuliśmy się tak, jakbyśmy zaraz mieli lądować na Marsie. Pod nami połacie czerwonej jak ogień ziemi, raz po raz jakieś wybrzuszenia terenu, żadnej cywilizacji. Nie powiem, widok dla oka byl miły i jakże odmienny. W Alice Springs powitał nas upalny podmuch powietrza, agresywne promienie słoneczne i… płócienne baldachimy, dające chwilową ulgę w cieniu. Bardzo kameralna atmosfera!

Aby nie tracić chwili czasu Tomek pobiegł do Hertza, wypożyczalni, z której braliśmy nasze autko, a Sylwia z nieukrywanym zadowoleniem zmieniła buty z traperów na tutejsze thongs’y (czytaj: najwygodniejsze na świecie japonki! nie myl z inna częścią damskiej garderoby!)

Po drodze do Kings Canyon

Głodni jaki wilki zatrzymaliśmy się w pobliskim KFC na uzupełnienie energii, gdyż na pokładzie samolotu linii Tiger dostępne były jedynie czipsy i cola, a lot trwał ponad 3.5 godziny, nie licząc dotarcia na lotnisko, check-in’u i samego oczekiwania na samolot, który i tak miał spóźnienie. Następnie zakupy w supermarkecie z dużymi zapasami wody na naszą wyprawę i koło godziny 18. opuściliśmy Alice Springs.

Po drodze do Kings Canyon

Ja podchodziłam do naszego dość wolnego tempa z dużym luzem, Tomek popędzał nas dość mocno i już za niecałą godzinę miało się okazać, że niestety miał rację. Celem, do którego zmierzaliśmy pierwszego wieczoru był Kings Canyon Resort, oddalony od Alice Springs o jakieś 450 kilometrów. I wszystko byłoby dobrze, droga prosta, ruch mały…, no właśnie, wyjątkowo mały, a praktycznie nie było go wcale, a wszystko to za sprawą zwierzaków. Otóż kangury pojawiały się co chwilę, wyskakiwały nam przed maskę, stawały osłupiałe z wrażenia prosto pod kołami auta i patrzyły na nas swoim niewinnym wzrokiem. Widok naprawdę wzruszający, jednakże po 5 godzinach jazdy człowiek przywyka do tego osobliwego towarzystwa i trudno jest nie zasnąć nad kierownicą zwłaszcza gdy jedzie się 50-60 km/h by oszczędzić rodzinę torbaczy (oraz uniknąć uderzenia po kieszeni, gdyż warunki ubezpieczenia auta w Terytorium Północnym zabraniają jazdy po zmroku).

Kings Canyon Resort rankiem

Pół godziny po północy dotarliśmy szczęśliwie do miejsca noclegu, a właściwie celi w której przyszło nam spać zaledwie 4,5 godziny. Wczesnym rankiem zebraliśmy się szybko, zjedliśmy śniadanie i wyruszyliśmy do Kings Canyon. Czas mieliśmy niezły bo o 8 rano byliśmy już na szlaku. Tym samym uniknęliśmy największego upału i natłoku turystów. A szlak przepiękny! I jaki zróżnicowany! Na początku było dość strome, ale bezpieczne podejście pod górkę. Resztę trasy szliśmy górą kanionu, a po drodze zaskakiwały nas coraz to nowsze, ciekawsze widoki. Płaskowyże, kolumny skalne przypominające starożytne, zagubione miasta, przepaści, kilkusetmetrowe pionowe ściany skalne, ogrody w dolinach kaniony, oczka wodne, a dookoła outback. Przepięknie!

Początek szlaku Kings Canyon Rim Walk Początek szlaku Kings Canyon Rim Walk
Dodaj do:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Wykop
  • TwitThis

2 komentarzy

2 komentarzy do “Lądowanie na Marsie”

  1. Marcin lis 16th 2009 08:01

    Sympatyczna wycieczka. No i o 8 rano na szlaku, no, no ;) Pozdrowienia

  2. Filip gru 14th 2009 22:21

    wypas ….

    … ale …

    …………………………….. od wrzesnia to sie już trochę stęskniłem za opowieściami z przeciwległej półkuli :(

Skomentuj